Hokej.net Logo

Wyświetleń: 3177

Hokej na znaczkach pocztowych - zapowiedź turnieju hokejowego w Pjongczangu (WIDEO)

2018-02-13 12:15:33

Bez największych gwiazd i bez reprezentacji Rosji ruszają w środę męskie zmagania hokejowe na Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w Pjongczangu. Ale historia pokazuje, że wcale nie musi to oznaczać turnieju do zapomnienia.


Igrzyska bez NHL

Przed koreańskimi igrzyskami, jak zresztą przed każdymi innymi, dużo mówiono o spotkaniu najlepszych na świecie sportowców uprawiających dyscypliny zimowe. Trudno jednak udawać, że to określenie w tym roku pasuje do męskiego turnieju hokejowego. Władze NHL tym razem bowiem nie zgodziły się na wysłanie do Korei Południowej swoich graczy. Nie udało się znaleźć porozumienia między nimi, Związkiem Zawodników NHL, Międzynarodową Federacją Hokeja na Lodzie (IIHF) i Międzynarodowym Komitetem Olimpijskim (MKOl.) w sprawach organizacyjnych i finansowych.

Nie było chętnych do pokrycia kosztów transportu i ubezpieczenia zawodników, a także zabrakło zgody w innych kwestiach, na które narzekali przy okazji poprzednich igrzysk właściciele klubów NHL, jak choćby bieżące informowanie klubowych lekarzy o stanie zdrowia hokeistów. A że dodatkowo igrzyska odbywają się w bardzo odległej strefie czasowej, trudno byłoby w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie odpowiednio na transmisjach hokejowych zarobić. Władze klubów od początku nie miały dla udziału ich hokeistów w turnieju w Pjongczangu entuzjazmu, a wszystkie kolejne rundy rozmów kończyły się fiaskiem. NHL gra więc swoim rytmem, a w Korei Południowej zobaczymy hokeistów występujących głównie w ligach europejskich lub ewentualnie w AHL, ale w tym ostatnim przypadku tylko tych, którzy nie mają "dwudrogowych" kontraktów, pozwalających na występy również w NHL.

Rosja bez Rosji

W Korei Południowej brakuje nie tylko gwiazd NHL, ale także reprezentacji Rosji. Przynajmniej oficjalnie. W grudniu zapadła bowiem decyzja MKOl. o wykluczeniu rosyjskiej reprezentacji jako całości z udziału w igrzyskach ze względu na zorganizowany system niedozwolonego wspomagania w tym kraju. Nie zdecydowano się jednak na całkowite wykluczenie Rosjan z udziału w zawodach, bo ci sportowcy, którym nigdy nie udowodniono dopingu mogą startować, tyle że pod flagą olimpijską i dziwną nazwą "Olimpijscy Sportowcy z Rosji" (OAR). Mamy więc de facto reprezentację Rosji, która nie nazywa się Rosją.

W hokejowym świecie nikt zresztą nie próbuje tego ukrywać. Ilia Kowalczuk powiedział, że każdy z jego kolegów i tak wie, że reprezentuje swój kraj, a w razie zdobycia złotego medalu hymn zagra sobie sam w sercu. Nawet prezydent IIHF René Fasel, który był przeciwny wykluczaniu rosyjskiej reprezentacji z igrzysk skomentował: - W świecie hokeja i tak wszyscy wiedzą, że to jest reprezentacja Rosji, a to jak się oficjalnie nazywa nie ma żadnego znaczenia. Akurat "Sbornej" problemy dopingowe przynajmniej na razie nie dotknęły w takim stopniu, jak przedstawicieli innych sportów. Owszem, zawieszony został jeden z czołowych jej graczy w ostatnich latach Danis Zaripow, ale choć karę mu skrócono, to i tak w Pjongczangu go nie będzie.

Nie oznacza to jednak, że rosyjski hokej wolny jest od dopingowych wątpliwości. Niespełna dwa lata temu tuż przed Mistrzostwami Świata do lat 18 z powodu dopingu z udziału w turnieju wycofano niemal wszystkich hokeistów i zmieniono trenera, a nieoficjalnie aż huczało od plotek, że na poprzednich igrzyskach w Soczi na dopingu była większość gwiazd "Sbornej", ale żadne dowody oficjalnie się nie pojawiły. Rosjanie więc zagrają w Pjongczangu pod kierownictwem selekcjonera Olega Znaroka i z gwiazdami takimi jak Pawieł Daciuk, Kowalczuk, Siergiej Moziakin czy Wadim Szipaczow, ale jako reprezentacja OAR.

Forsberg na znaczku pocztowym

O ile więc oficjalny brak "Sbornej" większej różnicy kibicom nie robi, to już nieobecność gwiazd NHL niektórzy uznali za koniec świata. Tak jak lekkoatletyka była królową sportów na letnich, tak hokej zwykle był królem na zimowych igrzyskach, nawet jeśli w Polsce od lat trudno to dostrzec spod lawiny informacji o skokach narciarskich czy kiedyś także biegach kobiet. To jednak zwykle hokejowy finał zamyka igrzyska. Tym razem znaczenie dyscypliny ze względu na brak zawodników NHL może być mniejsze, ale warto pamiętać, że nie będą to pierwsze igrzyska bez nich. Ba, najlepsi hokeiści zza Oceanu występowali na najważniejszej imprezie czterolecia tylko 5 razy - od Nagano w 1998 roku do Soczi w 2014.

Co prawda człowiek przyzwyczaja się do dobrego, ale historia pokazuje, że wiele z najbardziej pamiętnych olimpijskich wydarzeń hokejowych miało miejsce, zanim w ogóle ktoś wpadł na pomysł przerwania NHL na czas igrzysk.

Po raz ostatni o medale bez gwiazd tej ligi rywalizowano w 1994 roku w Lillehammer. W finale turnieju hokejowego zmierzyły się reprezentacje Szwecji i Kanady, a o wyniku decydowały rzuty karne. W ich siódmej rundzie na lód wyjechał reprezentujący "Trzy Korony" 20-latek z drużyny MODO Örnsköldsvik. Przypomniał sobie gola Kenta Nilssona, którego widział 5 lat wcześniej podczas meczu Szwecji z USA na Mistrzostwach Świata. Postanowił go skopiować. Ruszył na bramkę Coreya Hirscha, zwodem ściągnął bramkarza w swoją lewą stronę, po czym prowadząc krążek jedną ręką, wsunął go do odsłoniętej części bramki i dał Szwecji "złoto". - Mam słaby strzał, więc musiałem wymyślić coś specjalnego - skomentował chwilę później.



Szwedzka poczta upamiętniła tamtego gola wydając specjalny znaczek pocztowy, a dwa lata temu w plebiscycie zorganizowanym przez jedną ze stacji telewizyjnych ten rzut karny kibice wybrali najpiękniejszym momentem w historii szwedzkiego sportu. Jego autor nazywał się Peter Forsberg i później został prawdopodobnie najlepszym napastnikiem w historii szwedzkiego hokeja, mimo że problemy zdrowotne nie pozwoliły mu na osiągnięcie wszystkiego, do czego uprawniała go skala talentu. Do dziś rzut karny wykonywany w ten sposób nazywany jest "Forsbergiem".


Znaczek pocztowy upamiętniający rzut karny Petera Forsberga z finału ZIO w Lillehammer

Cud w Lake Placid

Jeszcze mocniej niż Forsberg na znaczku pocztowym w historię hokeja wrył się 22 lutego 1980 roku i mecz, który odbył się wówczas w hali olimpijskiej w Lake Placid. Reprezentacja USA nie była wtedy złożona z gwiazd NHL, a z zawodników drużyn uniwersyteckich, którzy stanęli naprzeciw potężnej "Czerwonej Maszyny" ZSRR. Oficjalnie Sowieci także byli amatorami, ale na lodzie byli gracze, których spokojnie można wpisywać do hokejowych annałów w grupie najwybitniejszych w historii - Władisław Trietjak, Wiaczesław Fietisow, Walerij Charłamow, Aleksandr Malcew, Władimir Krutow, Siergiej Makarow czy Boris Michajłow.

Dzień przed meczem komentator "New York Timesa" napisał, że ZSRR zdobędzie kolejny złoty medal w hokeju, chyba że "lód się roztopi albo dojdzie do jakiegoś cudu". Lód się nie roztopił, więc to, co zdarzyło się tamtego dnia uznano za cud. Amerykanie strzelając dwa gole w pierwszej tercji wysłali Trietjaka na ławkę, ale po dwóch tercjach przegrywali 2:3. W trzeciej jednak zdobyli dwie bramki w odstępie 81 sekund, a później utrzymali prowadzenie 4:3 do samego końca i dokonali tego, co wydawało się niemożliwe. Ani strzelec zwycięskiego gola Mike Eruzione, ani żaden z jego kolegów, ani charyzmatyczny trener Herb Brooks nie mogli już później w karierach zrobić niczego, co przebiłoby ten sukces. Tamten mecz był na tyle wielkim wydarzeniem, że do dziś wielu myśli, że był to finał igrzysk w Lake Placid, podczas gdy finału wtedy nie rozgrywano, a po spotkaniu z ZSRR Amerykanie musieli jeszcze pokonać Finów.



Amerykański magazyn "Sports Illustrated" w swoim następnym numerze umieścił na okładce tylko zdjęcie z meczu. Żadnych tytułów, żadnych zapowiedzi artykułów. I tak wszyscy wiedzieli, co się stało. 19 lat później ta sama gazeta wybrała "Cud na lodzie" najlepszym sportowym momentem XX wieku. W 2008 roku z kolei IIHF umieściła go na szczycie listy największych wydarzeń w historii międzynarodowego hokeja. Tamten mecz też trafił na znaczki pocztowe w wielu krajach. I choć zarówno Amerykanie, jak i reprezentanci ZSRR występujący w nim, grali później w NHL, to do "cudu na lodzie" gwiazdy tej ligi potrzebne nie były.

WNP 26 lat przed OAR

Także dla drużyny "Olimpijskich sportowców z Rosji" można w historii hokejowych turniejów olimpijskich znaleźć odpowiednik. W 1992 roku igrzyska odbyły się w Albertville. Dwa miesiące wcześniej oficjalnie rozpadł się Związek Radziecki, więc na ZIO pojawiła się złożona z graczy z jego republik ekipa nazwana oficjalnie "Zjednoczoną Drużyną", w Polsce wtedy tłumaczona jako "Wspólnota Niepodległych Państw". Zagrała pod flagą olimpijską, tak jak w tym roku ekipa OAR. I sięgnęła po złoty medal, pokonując w finale Kanadę 3:1. Gola ustalającego wynik w finale strzelił wtedy Wiaczesław Bykow, który po latach był konsultantem trenera reprezentacji Polski.



Na tamtym turnieju wśród wielu innych Kanadę reprezentował Eric Lindros, Finlandię Teemu Selänne, Wspólnotę Niepodległych Państw Siergiej Zubow, a USA Keith Tkachuk. Wszyscy zostali później gwiazdami NHL, ale wcześniej można było ich podziwiać na igrzyskach. W Albertville wśród zawodników, którzy później zrobili kariery w NHL był także 19-latek z Polski Mariusz Czerkawski, wówczas występujący w szwedzkiej Elitserien w barwach Djurgården Sztokholm. Bo tamte igrzyska to także ostatni polski występ hokejowy na najważniejszej imprezie czterolecia.

Ostatnie polskie igrzyska

W drużynie prowadzonej przez Leszka Lejczyka, oprócz Czerkawskiego, byli wówczas: Marek Batkiewicz, Mariusz Kieca, Gabriel Samolej, Janusz Adamiec, Krzysztof Bujar, Marek Cholewa, Dariusz Garbocz, Henryk Gruth, Janusz Hajnos, Kazimierz Jurek, Andrzej Kądziołka, Waldemar Klisiak, Krzysztof Kuźniecow, Dariusz Płatek, Mariusz Puzio, Jerzy Sobera, Rafał Sroka, Robert Szopiński, Andrzej Świstak, Mirosław Tomasik, Wojciech Tkacz i Sławomir Wieloch. "Biało-czerwoni" we Francji przegrali kolejno: ze Szwecją 2:7, z Finlandią 1:9, z Włochami 1:7, z USA 0:3 i Niemcami 0:4 w grupie, następnie ulegli 2:7 Szwajcarii, a na koniec w meczu o 11. miejsce pokonali Włochów 4:1. To był 20 lutego 1992 roku - ostatni polski mecz hokejowy na igrzyskach. Na kolejny będziemy więc musieli czekać co najmniej 30 lat.

W tym roku pozostaje nam szukanie innych polskich akcentów, raczej na siłę. Takim będzie urodzony w Zabrzu Wojtek Wolski, który zaliczył epizod w naszej lidze w barwach KH Sanok. Wolski na arenie międzynarodowej może jednak reprezentować tylko Kanadę i wreszcie to jego marzenie się ziściło. Gdy trener Willie Desjardins poinformował go o powołaniu do kadry "Klonowego Liścia",to się rozpłakał. Również w związku z tym, że dostał je 15 miesięcy po koszmarnym urazie w meczu KHL, gdy doznał złamania kręgów szyjnych i wstrząśnienia mózgu. Wtedy zanosiło się nawet, że będzie musiał zakończyć karierę. - Wtedy myślał, że to koniec. Wiem, że gdy patrzył na swoje zdjęcie ze szpitala z tamtego czasu, gdy leżał w łóżku z kołnierzem na szyi i teraz dowiedział się o powołaniu, to płakał - mówi Desjardins.

Weterani grają o złoto

Kanada z byłym graczem polskiej ligi w składzie będzie broniła tytułu mistrzów olimpijskich. Drużyny z ojczyzny hokeja z gwiazdami NHL w składzie wygrywały dwa ostatnie turnieje na igrzyskach. Teraz o złoty medal zagra zespół złożony głównie z graczy KHL, którzy jednak mają na koncie łącznie ponad 5 500 występów w NHL. Kanadyjczycy w trakcie sezonu nie prezentowali się najlepiej w turniejach towarzyskich, ale tuż przed igrzyskami pokonali Łotwę, Białoruś i Szwecję, więc mają podstawy do optymizmu.

Za głównego faworyta uchodzi jednak drużyna Olimpijskich Sportowców z Rosji, która chciałaby powtórzyć sukces WNP z Albertville. Rosjanom akurat brak gwiazd NHL w Pjongczangu może posłużyć. Jakkolwiek wysoko można cenić rosyjskie sukcesy na Mistrzostwach Świata, to akurat niemal we wszystkich imprezach z udziałem najlepszych hokeistów świata "Sborna" regularnie zawodziła. W Nagano udało jej się jeszcze dotrzeć do finału, w którym lepsi okazali się Czesi, w Salt Lake City zdobyła brązowy medal, ale to wszystkie medalowe sukcesy. Także na Pucharze Świata z gwiazdami NHL nigdy Rosja nie znalazła się w pierwszej trójce. To bardzo słabe osiągnięcia jak na ambicje w tym kraju. Być może uda się tym razem, gdy wielu najlepszych brakuje, a Rosja oficjalnie nie jest Rosją.

Ma za to największe nazwiska - Kowalczuka i Daciuka. Obaj łącznie mają 73 lata i na igrzyskach są po raz piąty. Dobrze znają więc smak rozczarowania z poprzednich turniejów. W 2002 roku wywalczyli "brąz". Pewnie wtedy nie przypuszczali, że 16 lat później to będzie ich jedyny olimpijski medal w karierach i że o kolejny będą walczyć nie pod flagą Rosji.

W poszukiwaniu nowego Forsberga

Przed czterema laty w finale z Kanadą przegrała Szwecja. Teraz "Trzy Korony" przyleciały do Pjongczangu jako mistrzowie świata i wierzą, że mają swojego kolejnego Forsberga. Bo brak zawodników z NHL może pomóc wykreować nowe gwiazdy. Selekcjoner Rikard Grönborg odważył się zabrać do Korei Południowej 17-letniego obrońcę Rasmusa Dahlina, właściwie pewny numer 1 tegorocznego draftu NHL. W Szwecji trwa prawdziwa "Dahlinomania", bo młody gracz jest porównywany do Nicklasa Lidströma, a niektórzy twierdzą wręcz, że to najbardziej utalentowany obrońca w historii hokeja w tym kraju. Gwiazdor Ottawa Senators Erik Karlsson powiedział kilka dni temu, że mając 17 lat nie był nawet w połowie tak dobry, jak zawodnik Frölundy Göteborg, a dziennik "Aftonbladet" w swoim rankingu 10 największych hokejowych gwiazd igrzysk Kowalczuka i Daciuka umieścił na miejscach - odpowiednio - 2. i 3., bo pierwsze zarezerwował właśnie dla Dahlina.



Młody hokeista cieszy się ogromnym zainteresowaniem dziennikarzy również dlatego, że igrzyska będą dla niego znakomitym sprawdzianem możliwości przed wejściem do NHL, bo sam draft już dziś jest nazywany "draftem Rasmusa Dahlina". - Gdy ostatni raz przyjazdowi jakiegoś hokeisty na Zimowe Igrzyska Olimpijskie towarzyszyło podobne zainteresowanie, to wyjechał upamiętniony na znaczku pocztowym - napisał jeden z kanadyjskich dziennikarzy, nawiązując oczywiście do Forsberga w Lillehammer.

Swoje młode gwiazdy mają też w Pjongczangu Finowie - to urodzeni w 1999 roku Eeli Tolvanen i Miro Heiskanen, którzy błysnęli już w seniorskiej reprezentacji podczas meczów towarzyskich i draft NHL mają za sobą. Ten drugi to obrońca draftowany w ubiegłym roku z numerem 3 przez Dallas Stars, który na co dzień występuje w IFK Helsinki. Nie zagrał jednak w październiku ubiegłego roku w dwóch meczach Hokejowej Ligi Mistrzów przeciwko Cracovii.



Gionta jak Eruzione?

Inną drogę przy powołaniach wybrał selekcjoner innego kandydata do medalu, reprezentacji Czech. Josef Jandač nie zamierza promować swojej młodzieży, a ogłaszając skład otwarcie powiedział, że celowo szukał doświadczonych graczy, którzy już z niejednego hokejowego pieca chleb jedli, bo tylko tacy mogą zagwarantować odpowiedni poziom na igrzyskach. Czesi do "złota" w Nagano dorzucili później jeszcze tylko brązowy medal w Turynie, a na dwóch ostatnich igrzyskach zajmowali siódme miejsce. Być może tym razem, już bez gwiazd NHL pójdzie im lepiej.

Amerykanie w olimpijskiej "erze NHL" zdobyli dwa srebrne medale - w 2002 i 2010 roku, w obu finałach przegrywając z Kanadą. Ostatnio jednak najmocniej ich losy na ZIO splatają się z Finami. 4 lata temu ulegli im w meczu o brązowy medal, 8 lat temu w Vancouver pokonali ich w finale, a w Turynie w 2006 roku odpadli z ekipą "Suomi" w ćwierćfinale. Ostatni złoty medal reprezentacja USA zdobyła w 1980 roku w opisywanym już Lake Placid. Tak jak wtedy Mike Eruzione, tak teraz w roli kapitana zespół do sukcesu chce poprowadzić Brian Gionta. To weteran mający za sobą ponad 1 100 występów w NHL, ale w tym sezonie nie miał klubu, a mimo to dostał powołanie i powierzono mu literę C na bluzie. Gionta na igrzyskach był tylko raz - 12 lat temu w Turynie. W tych rozgrywkach także zagrał tylko raz - w barwach Rochester Americans w AHL. Kontrakt podpisał tylko na jeden występ.

Trudno spodziewać się, że do walki o medale może się włączyć jakaś inna reprezentacja. Ani Szwajcarzy, ani Słowacy, ani Niemcy, ani Norwegowie, ani Słoweńcy, a już tym bardziej Koreańczycy nie wydają się mieć na to większych nadziei. Korea Południowa zagra w turnieju jako gospodarz, ale też trudno ją potraktować tylko uśmiechem politowania, jak kiedyś bobsleistów z Jamajki czy biegaczy narciarskich z Afryki.

Korea wchodzi do elity

Jeszcze niedawno w Polsce patrzyliśmy na Koreańczyków z wyższością, a tymczasem w ubiegłym roku po raz pierwszy w historii awansowali do elity Mistrzostw Świata, a teraz zadebiutują na igrzyskach. Po nich, bez względu na wynik, wyprzedzą Polskę w rankingu IIHF. Drużyna prowadzona przez byłych graczy NHL Jima Paeka i Richarda Parka ma w swoim składzie aż 7 naturalizowanych hokeistów zza Oceanu. Koreańczycy na wiele liczyć nie mogą, ale i im posłuży nieobecność gwiazd NHL. Gdyby w grupie musieli się zmierzyć z reprezentacjami Kanady i Czech w najsilniejszych możliwych składach, to zagrożenie kompromitacją byłoby spore. W meczach towarzyskich w trakcie sezonu Azjaci jednak całkiem dzielnie walczyli z wyżej notowanymi rywalami i nie przegrywali wysoko, głównie dzięki świetnej postawie w bramce Matta Daltona. Dopiero przed samymi igrzyskami ulegli Rosji aż 1:8. "Kanadyjscy" Koreańczycy widzą jednak sprawę inaczej. - Chcieliśmy tu widzieć najlepszych. Byłem draftowany, ale nigdy nie zagrałem w NHL i liczyłem, że tutaj zagram przeciwko zawodnikom z tej ligi. Nadal jest świetnie, ale to jednak nie to samo - mówi napastnik Korei Południowej Brock Radunske.

Nie jest jedynym, któremu gwiazd NHL w Pjongczangu zabraknie, ale też ich nieobecności może lepiej nie przeceniać. Bo czy któryś fan hokeja z ręką na sercu może przytoczyć bardziej pamiętny moment turnieju w Soczi sprzed 4 lat z gwiazdami NHL niż choćby "Cud na lodzie" sprzed 38 czy rzut karny Forsbera sprzed 24? Najlepszych hokeistów z najlepszej ligi świata w tym roku w Korei nie będzie, ale historia pokazuje, że warto śledzić turniej hokejowy igrzysk olimpijskich nawet bez nich. Można szukać nowego Forsberga, można czekać na nowy cud, można liczyć, że OAR "zrobi" WNP, że Czesi w Pjongczangu "zrobią" Nagano albo że mistrzem olimpijskim w hokeju zostanie człowiek urodzony w Polsce, bo taka okazja może się już nie powtórzyć. Można też kibicować Koreańczykom i z rozrzewnieniem wspominać ich pierwszy mecz z reprezentacją Polski w 2004 roku, wygrany przez Polaków 9:0. Gwiazd NHL na Zimowych Igrzyskach Olimpijskich póki co nie ma, ale hokej był, jest i będzie. Być może wkrótce też na znaczku pocztowym.



Męski turniej hokejowy Zimowych Igrzysk Olimpijskich potrwa od 14 do 25 lutego. 12 drużyn jest podzielonych na trzy 4-zespołowe grupy. Zwycięzcy grup i najlepsza drużyna z drugich miejsc awansują bezpośrednio do ćwierćfinałów. Pozostałych 8 zespołów zostanie uszeregowanych na miejscach 5-12 według dorobku z fazy grupowej (w pierwszej kolejności bierze się pod uwagę miejsce w grupie), a następnie rozegrają baraże o awans do ćwierćfinałów (5-12, 6-11, 7-10, 8-9). Dalej rywalizacja będzie się już odbywała w klasyczny sposób aż do finału. Nie rozgrywa się meczów o miejsca, oprócz finału i meczu o brązowy medal.

Grupa A: Kanada, Czechy, Szwajcaria, Korea Południowa.
Grupa B: OAR, USA, Słowacja, Słowenia.
Grupa C: Szwecja, Finlandia, Norwegia, Niemcy.



Powrót

Komentarze:

Koreańcy minimum ćwiartka jak w fusbalu swego czasu , kasa depy , kaska :)
Tylko zalogowani użytkownicy mogą dodawać komentarze. Zarejestruj się.

Na tej stronie wykorzystujemy ciasteczka (ang. cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystanie z naszego serwisu bez zmiany ustawień dotyczących cookies, umieszcza je w pamięci Twojego urządzenia.
X