Hokej.net Logo

Wyświetleń: 3279

Co przyniesie nam finał? (cz.1)

2011-03-07 03:55:37

Przez ostatnie lata kibice przyzwyczaili się, że w finale najczęściej spotykają się te same dwa zespoły - ten, który nie przywykł do porażek, czyli Cracovia, oraz ten, który nie przywykł do wygrywania - tyski GKS. Czy tegoroczna walka o tron może zburzyć ten porządek?

Cracovia jest zespołem budowanym od lat przez tych samych ludzi i jedynym, o którym nie pisze się w gazecie, w kontekście braku pieniędzy (już samo to, wystarcza, by z marszu występować w finale). Przed rozpoczęciem sezonu, obserwując odejście wielu kluczowych zawodników, wydawało się, że era Pasów dobiegła końca. Jednak okazało się, że w grodzie Kraka, wiedzą co robią. Puszczono Rączkę, Csoricha czy Drzewieckiego i dokonano tradycyjnej wymiany obcokrajowców, którzy nie są tak pożyteczni jak ich poprzednicy, lecz równie konsekwentnie „biją” pozostałych, dzięki czemu Cracovia przegrała tylko 9 spotkań we wszystkich rozgrywkach.

Z kolei w Tychach poczynania transferowe zmierzały w zupełnie innym kierunku - pozbyto się co prawda swojego najlepszego zawodnika, Robina Bacula, jednak na jego miejsce sprowadzono Josefa Vítka, a przede wszystkim Romana Šimíčka, któremu wystarczyło kilka spotkań, by fani nie potrafili wyobrazić sobie drużyny bez niego. Wykupiono z Krynicy Witeckiego i Galanta, a ściągnięcie z Krakowa najlepiej punktującego obrońcy było tylko wisienką na torcie dyrektora Pawlika.

Kiedy więc GKS miałby ograć Cracovię, jeśli właśnie nie teraz? To pytanie pada jednak przy de Gaulle'a od dawna i od dawna pozostaje bez odpowiedzi.
Ubiegłoroczny finał pokazał jednak, że nawet dysponując niedoświadczonym, ale ambitnym zespołem można ograć, wydawałoby się, ”nietykalnego” potentata.
Kolejnym powodem, który może wlać nadzieje w serca tyskich kibiców jest historia, która ponoć lubi się powtarzać - otóż od 2004 roku tylko raz zdarzyło się, by brązowy medalista poprzedniego sezonu nie zdobył korony. A w roku ubiegłym był to właśnie GKS Tychy.

Czy to jednak wystarczy do sukcesu, nawet jeśli dodamy, że zespół krakowski po trzech latach przegrał pierwszy mecz w play-off na wcześniejszym etapie, niż walka o miejsca 1-2?
Będzie ciężko - w ciągu sześciu lat Pasy (grają w Ekstralidze od siedmiu) opuściły zaledwie jeden finał i na nieszczęście dla trójkolorowych, wszystkie trzy tytuły w tym stuleciu hokeiści z grodu Kraka zdobyli ich kosztem. Jedynym zespołem, który ma, a właściwie miał patent na drużynę profesora Filipiaka, było Podhale.

Czy tyszanie są w stanie ich zastąpić?
Cofając się kolejny raz wstecz, odpowiedź wydaje się być tylko negatywna. Obojętnie bowiem jak zacięte są potyczki ligowe, kto przed kim kończy sezon zasadniczy, kto ma z kim lepszy bilans. Na końcu i tak wygrywa ta sama drużyna. Tyszanom pozostawała na pocieszenie satysfakcja z wywalczonych czterech Pucharów Polski.

Najbliżej GKS pokonania dzisiejszego przeciwnika był w 2008 roku, ale porażka na własnym terenie, zakończona aferą sędziowską, zadecydowała o tytule.
To jednak nie koniec barwnej historii wzajemnej rywalizacji. Pierwszy mecz finałów, sprzed dwóch lat będzie równie często przypominany przy rywalizacji tej pary, jak sędziowanie w meczu wspomnianym powyżej.

Przez pół sezonu tyszanie zmuszeni byli grać w Małym Spodku, nic więc dziwnego, że do ostatniej chwili walczyli o miejsce w szóstce, w międzyczasie będąc prowadzeni przez trzech szkoleniowców (posadę stracił m.in. Wojciech Matczak, jedyny szkoleniowiec, z którym GKS zdobył mistrzostwo).
Powrót do domu zupełnie odmienił zespół, który z czwartego miejsca ograł zwycięzcę sezonu zasadniczego - Podhale Nowy Targ. Mimo porażek w dwóch pierwszych spotkaniach, tyszanie wygrali kolejne cztery i pokazali, że stać ich na wiele.
Także pierwsze mecze w Krakowie, mimo że przegrane nie stawiały GKS-u na straconej pozycji. Pod wodzą Ihnačáka prowadzili w pierwszym spotkaniu do 60 minuty, będąc zespołem dojrzalszym i lepszym taktycznie. Wtedy jednak zdarzyła się katastrofa - w ciągu 16 sekund Pasiut do spółki z Laszkiewiczem wyciągnęli wynik na remis i dobili rywala w karnych.
Po powrocie do domu GKS był w stanie wygrać tylko jeden mecz. Na więcej, z powodu morderczego tempa rywalizacji (4 potyczki w 5 dni i brak zgody Cracovii na przesunięcie rozpoczęcia finałów o jeden dzień) zawodnicy nie mieli już sił i decydujący mecz przegrali aż 7:0, choć nieoficjalnie mówiło się, że była to „zemsta” za odsunięcie od składu Sarnika.

Rok temu GKS zaczął sezon w imponującym stylu - jedenaście zwycięstw z rzędu. Później jednak plaga kontuzji (w styczniu GKS miał problemy z wystawieniem do gry dwóch piątek) spowolniła ich poczynania, by na końcu zupełnie je zatrzymać. Z ostatnich spotkań sezonu zasadniczego, GKS większość przegrał i z drużyny, która taktyką, spokojem i kondycją rozjeżdżała prawie wszystkich, stał się zespołem przeciętnym. Jedynie obrońcy trzymali fason, bo napastników trzeba było szukać w trzecich-czwartych dziesiątkach klasyfikacji punktowej, również Sobecki zaczął popełniać szkolne błędy.
Play-off miał być zupełnie inną bajką, lecz okazało się, że nie był. Trójkolorowi nie odnaleźli formy (błyszczał tylko Witecki) i dalej grali w kratkę. Mając nóż na gardle (a także miejscowych szalikowców w szatni)  wygrali z młodzieżą podhalańską kolejne dwa mecze, doprowadzając do remisu (Podhale wygrało dwa razy, ale miało jeszcze bonus), lecz znów marzenia o złocie zakończyła sromotna porażka - tym razem 6:0.

Ten rok nie zaczął się tak spektakularnie jak poprzedni - już pierwszy ich mecz zakończył się porażką w Krakowie 1:0 po karnych , jednak tyszanie długo walczyli o pierwsze miejsce w tabeli, nie przechodząc aż takiego kryzysu jak rok wcześniej, choć wpadek nie brakowało.
Zawsze kiedy wydawało się, że forma idzie w górę, przekornie szła w dół. I zawsze maczała w tym palce Cracovia.
Po porażce z nią 2:3, GKS pojechał do Nowego Targu i kolejny raz uczył się gry w hokeja od jeszcze młodszych zawodników, niż poprzednio. Później przegrał w Sosnowcu, z którego zdążyła do tego czasu uciec połowa składu, wykorzystując przy okazji tylko jeden z dziesięciu (!) rzutów karnych.
Pod koniec listopada tyszanie ograli Pasy na ich lodzie 6:4 i znów po pojedynku na szczycie nie sprostali MMKS-owi i Zagłębiu. Te porażki spowodowały, że trójkolorowi, zamiast walczyć o pierwsze miejsce, walczyli o utrzymanie drugiej pozycji. Na szczęście dla nich, liga zrobiła miesięczną przerwę i kolejny dołek musiał poczekać aż do 16 stycznia.
Wtedy to tyszanie grali z…  Cracovią, a stawką było pierwsze miejsce w tabeli i bonus. Pierwsza tercja, to popis miejscowych, lecz skończyło się jak zawsze. Zawodnicy dali wydrzeć sobie dwubramkowe prowadzenie w ostatniej tercji, kiedy w myślach świętowali już sukces. Potem przyszedł blamaż u siebie, z pierwszoligowym od następnego sezonu Naprzodem oraz porażka 7:1 w Oświęcimiu. To wszystko nie przeszkodziło dwa dni później wygrać tyszanom, jako jedynemu zespołowi oprócz Cracovii, w Jastrzębiu.

Faza przed play-off przypominała więc trochę ubiegłoroczną, choć sama gra wyglądała inaczej. Hokeiści z Tychów w pierwszych minut rzucali się na rywala, by w miarę upływu czasu kontrolować tylko wydarzenia na tafli.
Co najmniej trzy argumenty świadczą o tym, że to nie jest taktyka, którą można z powodzeniem stosować w najbliższych dniach.

Koniec części pierwszej.

HSK,
http://bloghokejowy.blogspot.com/



Powrót

Komentarze:

"Cracovia jest zespołem budowanym od lat przez tych samych ludzi i jedynym, o którym nie pisze się w gazecie, w kontekście braku pieniędzy (już samo to, wystarcza, by z marszu występować w finale)"ble ble ble-Sanokowi też kasy nie brakowalo ,nakupili zawodników,trenerow no i co??no i klapa!!Pieniądze nie grają! "Przez ostatnie lata kibice przyzwyczaili się, że w finale najczęściej spotykają się te same dwa zespoły - ten, który nie przywykł do porażek, czyli Cracovia, oraz ten, który nie przywykł do wygrywania - tyski GKS" -taaak??a ktoż to w tamtym sezonie utarl nosa pysznej Cracovii?Nie Podhale czasem?Pisześz czlowieku coś to pisz obiektywnie i z sensem!!
bla bla bla... i już zakompleksiony biedak z nt musiał dodać swoje idiotyczne dwa grosze. A prawda jest taka, że obecnie Cracovia to zdecydowanie najmocniejszy polski zespół i to od lat. Nie zmieni tego nawet epizodyczne zwyciestwo Podhala w jednym z finałów. Od kasy Sanoka się odp..., a zresztą pisz sobie, co chcesz. Od waszego szczekania w górach tej kasy wciąż przybywa :)
uwielbiam nie lubiącego jozwy
Ty chyba nie rozumiesz co sam piszesz, na samym początku napisałeś, że Cracovia budowana jest od lat ( tak z tym się zgodzę ) wiec powiedz mi jakim cudem Sanok w ciągu jednego sezonu po zakupie zawodników oraz trenera miał się stać od razu potęgą hokeja w Pl ??
uwielbiam nie lubiącego jozwy = jozwa53.
I wszystko w temacie.
Nie zwracajcie uwagi na tego głupka. Od roku szcza w majty z powodu słabszej dyspozycji Cracovii w tamtym finale. Racjonalne argumenty do niego nie docierają, bo na hokeju zna się tyle co przed monitorem wyczyta.
wiem,wiem w dalszej częsci artykułu jest o tym wzmianka,ale to tylko wzmianka, a we wstepie kategoryczne stwierdzenia jaka to Cracovia potęzna i jak to duzo kasy posiada i dlatego jest taka cacy!
Bo posiada dużo kasy. I jaki masz z tym problem ? Zazdrosny ?
Wiesz co to znaczy NAJCZĘŚCIEJ??? To albo zajrzyj do słownika, albo naucz się czytać.
Od kiedy to Prezesem GKS TYCHY jest Pawlik!!!!!
Tylko Pasy zwycięstwo dzisiaj ambicja każe wygrać ten mecz bo to święta rzecz,Cracovia mistrzu ty nasz pokaż Polsce jak w hokeja grasz
Tylko zalogowani użytkownicy mogą dodawać komentarze. Zarejestruj się.

Zobacz również:

Na tej stronie wykorzystujemy ciasteczka (ang. cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystanie z naszego serwisu bez zmiany ustawień dotyczących cookies, umieszcza je w pamięci Twojego urządzenia.
X